piątek, 29 sierpnia 2014

Przewodnik po Pradze- part1




Wstaliśmy skoro świt, bo jeden dzień na Pragę przeznaczyliśmy.
Plan był prosty: 

Zamek na Hradczanach,
zamiana warty,
Złota Uliczka,
Most Karola,
rynek,
gulasz z knedlikami w hospodzie,
palaczinki w kawiarni.

Prosty, nieskomplikowany plan.
A wyszło zupełnie inaczej...



Pełni entuzjazmu opuściliśmy hotel udając się na przystanek tramwajowy i zachodząc w głowę, gdzie by tu bilety kupić. Przystanek wypełniony zdezorientowanymi turystami, automatu brak, kiosku też... W małżonku bulgotać zaczyna... "Bez biletu pojedziemy! Nic mnie to nie obchodzi!" "Zaraz, zaraz... Czecha też nie będzie obchodzić, że takie z nas łajzy, żeśmy biletu kupić nie zdołali. Kare zapłacimy jak nic." "To skąd ten bilet wyczarujesz?" "Ano wyczaruję... Poczekaj." Przebiegłam przez ulicę do warzywniaka ichniejszego. A tu Chińczyk jakiś siedzi i uśmiecha się, jak to oni potrafią - szczerze ;) "Dobry dzen. Bilet. Tramwaj." Nauka języków popłaca ;) Pan rozumie. Jednorazowe ma. No, ja nie taki chciałam. Pan pomaga jak może. Trzeba przejść spowrotem do hotelu, gdzie przy samiutkim wejściu automat stoi...
Puste pały...

Wracamy więc ochoczo. Automat faktycznie stoi.
To teraz kup pan bilet sieciowy po czesku...
Po wielu, wielu nieudanych próbach, pomyłkach, błędach i porażkach 
mamy nasze przepustki w kieszeniach. 
Teraz to już nic nam nie przeszkodzi! Prago, drżyj!

Wsiadamy do tramwaju i jazda. 
O! jakiś ogród, tłumy ludzi... 
A czegóż oni tu szukają?
W przewodniku nie pisali o ogrodzie...
No to dalej.
O! Znowu kupa ludzi, ciekawe gdzie jesteśmy.
No idea. Więc dalej jazda.
O! Ile ludzi tu wysiada! Centrum musi być blisko. Wysiadamy!

No i nawet się udało.
Most Karola... od drugiej strony.
Podążamy za tłumem. Skąd tu tyle ludzi o tej porze?
Muzykanci, turyści, malarze, turyści, kramarze, turyści, żebracy, turyści, złodzieje, turyści, turyści...
Figury czarne wzdłuż balustrady, przy jednej lud zgromadzony.
Potrzeć trzeba świętobliwego, żeby szczęście mieć. 
Sara nie da sobie odmówić tej atrakcji.
Ale wiedzieć musi dokładnie, po co ten wysiłek.
Tłumaczę więc jak potrafię:
"Ponoć szczęście będziesz mieć córeczko."
"Jakie? Kiedy?"
"Zobaczymy. Może dziś?"
"To wiesz co, musimy temu panu, co tam siedzi i o pieniądze prosi, powiedzieć, żeby też przyszedł. 
Bo on chyba o tym szczęściu nie wie!"
"Może wie, ale nie wierzy...?
Albo zapas szczęścia wykorzystał już?
Może szczęściem swoim podzielić się z nim trzeba?"
...







Przepchaliśmy się przez most i dotarło do nas:
Idziemy w złą stronę. Hradczany za nami. I to wysoko.
A o 12:00 zmiana warty!
Mamy pół godziny...

Wyciągamy mapy wszelakie i studiowanie się zaczyna. 
Jak tam dotrzeć? I to szybko?
Padło na tramwaj... tylko w którą stronę?
I gdzie jest przystanek???


Jak to dobrze, że mamy te nieszczęsne bilety sieciowe!
Tramwaj przyjechał, my do środka. 
Jedziemy na Hradczany...
Łatwo powiedzieć, tylko gdzie konkretnie wysiąść?
Wysiadamy na czuja...
o dwa przystanki za szybko...
i w ogóle źle.

Z mapą w ręku, po zaułkach, uliczkach, dziurach, trawnikach...
doszliśmy! Do owego ogrodu wyżej wspomnianego, przed którym tłumy się kłębiły... Oto wejście tylne na Hrandczany! Nauka z tego taka płynie:
Jesteś turystą, idź ślepo za tłumami turystów. Na pewno do jakiejś atrakcji zajdziesz ;)




Z wywieszonym jęzorem na zmianę warty dolecieliśmy.
Ale zdjęć z bidokami sobie nie robiliśmy.




Na Hradczanach było imponująco, pięknie.
I bez wpadek.
Katedra, rzut oka na Złotą Uliczkę, punkt widokowy i zejście po długaśnych schodach do miasta. Na Hradczany wrócimy jeszcze wieczorem - jak Złota Uliczka opustoszeje.







Spowrotem przy Moście Karola.
W brzuchach burczy...
Trzeba zlokalizować rynek i w odnogach jakąś hospodę.
Bo że nie na samym rynku, to chyba jasne, prawda?
Więc szukać zaczynamy.
Do rynku dochodzimy metodą "za tłumem".
Jest niezawodna ;)

A na rynku - typowo. 
Uliczni artyści wszelkiej maści, kombinatorzy,
sklepikarze, młodzi przedsiębiorcy i turystów multum.
Atmosfera studencka. Gwar, leniwy stan zawieszenia.

Ceny? Nieczeskie. Niemieckie chyba. Berlińskie.
W uliczkach szukać trzeba, żeby nie przepłacić.
Szukamy więc. Łatwo nie jest.
Pochodzić trzeba cierpliwie, cenniki postudiować
i typową gospodę znaleźć, gdzie
piwo czeskie strumieniami się leje,
a zacnym ojcom oczy na ten widok się śmieją.















Znaleźliśmy.
Obiad tradycyjny podano
(z mięsem na gramy liczonym, sosem w nadmiarze i knedlami jakimiś),
i piwo w kuflu ku uciesze męża mojego.
I tak etap pierwszy zakończyliśmy.
A po obiedzie odprężającym jazda się zaczęła.
Ale o tym w następnym odcinku.





Ciąg dalszy - tutaj.

5 komentarzy:

  1. Ha ha, ten poczatek przypomnial mi jak chcielismy kupic bilet w Paryzu:) Maz tez zabulgotal ze jedziemy na lotnisko bez, po tym jak dwie panie w kasie udaly ze nie mowia po angielsku. (Udaly, bo potem sie im jednak zachcialo). Odeszlismy, a ja wrocilam myslac , ze jak w Chinach kupilam to i w Paryzu kupie! No i kupilam

    OdpowiedzUsuń
  2. Praga ma swój urok. Ja byłam dawno temu jako nastolatka i mało co pamiętam bo też na szybko zwiedzaliśmy ale jedno zgadza się na pewno nie bez powodu mówią na nią złota i na Twoich zdjęciach to złoto widać wyraźnie;)
    I wiesz co Ci powiem że podziwiam Was bo my rzadko korzystamy z miejskich lokomocji jakoś te tłumy mnie przerażają i nogami albo swoim autem zwykle docieramy na miejsce czasami późno albo wcale ale oboje wyjątkowo lubimy niezależność, a ostatnio mój w samym centrum Strasburgu zaparkował na trzecim poziomie pod karuzellą koło katedry;) nie wspominając o tym, że w Genui hotel i parking wybraliśmy dwa kroki od akwarium i innych atrakcji skąd do Portofino dojechaliśmy prawie do zatoki gdzie cumują jachty;D
    Pozdrawiam jeszcze wakacyjnie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My się nie pchamy autem w centrum, bo mój mąż dostaje nerwicy w ruchu drogowym :D A poza tym w takich miejscach jak Praga to nawet nie ma sensu, bo to, co się chce zobaczyć, jest dostępne na nogach. Te tramwaje i metra to udogodnienia. Nie trzeba się martwic o auto, można zaoszczędzić opłaty za parkingi i przede wszystkim dojeżdża się wszędzie bez stresu i szybko.
      Wróciliście z wakacji? Byliście w Polsce? Bo my tak!

      Usuń
    2. Też byliśmy ale w pierwszej połowie sierpnia i się minęłyśmy;(
      a na drugą przywieźliźmy do nas teściów abym z dzieciakami sama nie zbzikowała;)

      Usuń