wtorek, 19 sierpnia 2014

Wiedeń - tylko nie do McDonalda



Kiedy kilka lat temu we Wiedniu byłam z moim mężem,
zabrał mnie, zahukaną istotę, do hotelu Sacher.
Na kawę i ciasto.
Przy wejściu portier we fraku...
dywan czerwony, szyk i styl,
i sygnał kołatający się gdzieś pomiędzy:
"Czy to oby kawa na twoją kieszeń?"


Skoro jednak już ten słynny hotel znaleźliśmy,
odczekaliśmy, aż miejsce się jakieś zwolni
w salonie tym odywanionym, obrazami obwieszonym.
Odzienie wierzchnie w garderobie pozostawiliśmy,
bo nie wypada na salonach krzeseł kurtkami obwieszać. ;-)

Kelner elegancki do salonu na kanapę nas wprowadził,
kartę podał... i co teraz?
Którą kawę wybrać? 
Po turecku, po wiedeńsku, po angielsku, francusku, aborygeńsku :o)
Kawa za 5 euro prawie.
Ciasta i torciki na wózeczku po saloniku woził. 
Cuda. Ceny też cudne.
5 euro za porcyjkę.

Poczuj się raz jak hrabianka! :o)




Hotel Sacher w pamieć moją się wrył. 
Tak bardzo, że tym razem znowu
na czerwonym dywanie staliśmy.
Nie w kawiarni Sacher na ulicy, 
nie przy ladzie sklepu hotelowego,
ale właśnie na dywanach.
Tym razem bez tremy i bogobojnego "to nie dla mnie".

A wraz z nami turystów od groma. :D
Japonki po prawej i lewej,
dziewczyna z plecakiem pijąca "momentalnie tylko kawę"
pan z aparatem, pani z przewodnikiem...
i my... nie na dywanie, tylko w przybudówce...

Czar prysł. 

Zamówiliśmy. 
Torciki Sacher, jak zwykle słodkie ponad normę,
Apfelstrudel (jabłecznik austriacki)
i kawy drogocenne. 
Tradycyjnie ze szklaneczką wody.

Mimo wszystko: 
Sacher trzeba zobaczyć. Posiedzieć choć raz.
Legendarny torcik zjeść, 
dać się obsłużyć kelnerce eleganckiej.
I przepłacić solidnie ;o)
Raz w życiu.









Z tej mojej poprzedniej wizyty we Wiedniu wspinam jeszcze 
schabowe po wiedeńsku (Wiener Schnitzel).
Do uliczki jakiejś zaszliśmy, do lokalu małego,
ni to eleganckiego, ni to ładnego,
a turystami po brzegi wypełnionego.
I mąż mi mówi:
U Figlmüller sznycla zjemy.

Schabowy, jak schabowy, myślę sobie.
Żeby aż takie tłumy na schabowego się rzuciły?...
Co za ludzie...

No ale to podobno mus.
Miejsce w kąciku najdalszym znaleźliśmy,
do karty zajrzeliśmy.
A tam tylko schabowe i dodatki.
Zamówiliśmy więc schabowego.
Za 20 euro... 
Innego nie było.
No, ciekawe, co to za schaboszczak za 80 złotych!
Lokal przepełniony, czas oczekiwania długi...
na stolik paluchy jakieś wypiekane przynieśli.
Więc za te paluchy się zabraliśmy,
bo w brzuchach pusto.

Schabowe przynieśli w końcu.
Wielkie na cały talerz!
Chude jak serwetki.
I naprawdę dobre.

A jak do płacenia przyszło, 
to te paluchy nieszczęsne też nam policzyli. ;o)

Bez względu na to gdzie:
We Wiedniu schabowego po wiedeńsku zjeść trzeba.




A jakby mało wam było kuchni austriackiej,
to w Schoenbrunnie pokaz pieczenia jabłeczników (Apfelstrudel) jest.


I na odjezdne - praliny Mozarta (Mozartkugeln). 
Na pamiątkę.


10 komentarzy:

  1. Nieraz warto przepłacić, ale nie skorzystać z takiej okazji... Być gdzieś i nie wstąpić i nie spróbować:))) Raz się żyje i nie trzeba ciągle oszczędzać. Za to wspomnienia są bezcenne!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham Wieden. A Ciebie lubie coraz bardziej za to, ze o nim tak fajnie piszesz. Chwila zatrzymana w kadrze wspomnienia przywolujesz...
    Mnie zauroczyla Hawelka, kawiarnia z klimatem i pyszna kawa.
    A na tego wielgasnego, cielecego sznycla, narobilas mi ochoty... Wciagnelabym w sekunde. Tak pyszne, to tylko we Wiedniu, masz racje!

    Pozdrawiam i czekam na wiecej,
    Magdalena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez uwielbiam Wieden. Tylko blizej mi do Paryza. Do tego Wiednia cudnego tak dalelo :( Hawelka nastepnym razem :-) Do Sacher juz mnie nie ciagnie ;-)

      Usuń
    2. Zgadza sie, Paryz od nas rzut beretem. Mam wiec nadzieje, ze niebawem wybierzesz sie do tej pieknej stolicy i napiszesz nam, jak zwykle ciekawie, co i jak. Bo z mala jeszcze nie bylismy, a Ty tak rzetelnie wszystko opisujesz, co warto i czego lepiej nie robic, jadac z dzieckiem:) Czekam wiec cierpliwie. Tak mi sie marzy Paryz jesienia, pociagiem...

      Pozdrowienia,
      Magdalena

      Usuń
  3. Nie wiem, z jakiego rejonu Polski pochodzisz, ale w Polsce południowej sznycel i kotlet schabowy to dwie totalnie różne rzeczy.
    Podobnież danie Wiener Schnitzel czy też Schnitzel tłumaczy się na polski po prostu kotlet, a nie sznycel :) Polski sznycel do niemiecka Frikadelle :-)

    A z mojej wizyty w Wiedniu przed wiekami i tak chyba najbardziej zapamiętam lody...

    lolka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak :-D Bylam kiedys w Nowym Targu i zglupialam, jak sznycla zamowilam i dostalam mielonego :-D Od tej pory wiem :-))) A lody we Wiedniu tez jedlismy. Przy katedrze. Nieeeebo w gebie! :-)))

      Usuń
  4. I skoro już w temacie kulinarnym jesteśmy, Apfelstrudel to po prostu strudel z jabłkami, jabłecznik to natomiast słabe wino wytrawne lub placek z jabłkami. A Mozartkugeln, wiem, niewdzięczne to do przetłumaczenia szalenie, ale te "kule Mozarta" wg mnie dość dwuznacznie się kojarzą z Mozartem inwalidą ;-)) Lepszej propozycji jednak nie mam, ewent. czekoladki Mozarta, choć też idealnie nie jest.

    lolka

    OdpowiedzUsuń
  5. Te kule Mozarta to i inaczej skojarzyc sie moga ;-) Wiesz co, chyba zmienie na nazwy oryginalne i dodam w nawiasach tlumaczenia. Chyba bedzie prosciej :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. praliny Mozarta - fajne, chyba najlepsze :-)

      Wybacz te komentarze, ale nie jestem w stanie się powstrzymać. Uwielbiam takie niuanse tłumaczeniowe ;) To dawne zboczenie zawodowe.

      lolka

      Usuń
  6. Aleś mi smaka narobiła, a dopiero co z treningu wróciłam ;)
    W Wiedniu nigdy nie byłam, ale na kawę i ciastko z chęcią bym się wybrała, i jak moja noga w końcu tam postanie to nie omieszkam udać się do Sacher ;)

    OdpowiedzUsuń