wtorek, 2 września 2014

Przewodnik po Pradze - part2


Jak już wiecie z części pierwszej
dzień w Pradze zaczął się obiecująco.
A po obiedzie, to już w o ogóle!

Opuściliśmy więc lokal z wypchanymi brzuchami
i w dobrych humorach poświęciliśmy uwagę starówce.
Ludzi od pierona. Wiele studencko na ziemi spoczywając.
Każdy u siebie się czuje. Nikomu spieszyć się nie chce.
Błogi letarg trwa.








Podchodząc do zegara astronomicznego gołym okiem widać, że pełna godzina się zbliża. Nawet igła się przez tłum gapiów nie przeciśnie, co to na spektakl zegarowy czekają. W Krakowie na hejnał się czeka. W Pradze zaś na dzwonek kościotrupa.
Nic specjalnego w sumie.  Otwierają się drzwiczki, wychylają się dwie figurki świątobliwe i kostek dzwoni "Memento mori". Kurtyna.
A ludzi i tak co godzina tyle, jakby nie wiadomo co się zdarzyć miało.





Obok zegara studenci z parasolkami "Free tour".
I oprowadzają turystów po mieście za friko.
Nie, nie w ramach czynu społecznego. Na koniec na napiwki od dobrych ludzi nadzieję mają. I mniemam, że nieźle na tym wychodzą.

Znacie taki eksperyment? Zaoferowano ludziom dżemik domowy do kupienia. Zapłacić mieli tyle, ile uważają. I każdy uważał więcej, niż taki dżemik normalnie by kosztował. Nikt wygłupić się nie chciał...

Może oprowadzacze prascy psychologie studiują? ;o)





W bocznej uliczce dzień targowy.
Truskawkami pachnie, że hej. Kupić by może.
Taaak. Koniecznie!
Cena? Na koszyczku widać "20 koron".
Szybkie przeliczenie waluty. Opłaca się, nie opłaca?
Pytanie! Za taki wypchany koszyczek 1 euro!
Kupujemy!
A tu straganiarka 80 koron wyrokuje.
Że co?
Ano tak. W Pradze jesteśmy.
Tu nie tylko mięso na gramy... truskawki na targu też...
Uważajcie więc na przedsiębiorczego Czecha! ;o)


Przechadzamy się tak po starówce,
w uliczki wszelakie wchodzimy,
ale bez celu się nie szwendamy.
Kawiarni poszukujemy.
Nie jakiejś tam małej kawiarenki.
We Wiedniu i Pradze idzie się do domu kawiarnianego (Kaffeehaus).
Wielkie to czasami jak hale dworcowe.
Zwykle eleganckie, wysłane dywanami...
Kawiarnie, w których się siedzi bez końca.

Kiedy ostatnio byliśmy w Pradze, byliśmy w takiej kawiarni.
Tylko gdzie to dokładnie było?
Na pewno w jakiejś odnodze rynku.
Jakiejś...

Poszukując naszej kawiarni przeczesaliśmy większość uliczek. Nawet do dzielnicy żydowskiej trafiliśmy. Ze sklepami koszernymi, z synagogą, muzeum...





Za cholerę znaleźć nie mogliśmy tej kawiarni zakichanej.
Nogi znowu boleć zaczęły, deszcz zaczął padać,
a my - nie wiadomo gdzie...
Kiedy na burze się zebrało, nie chcąc utknąć w pierwszym lepszym sklepiku, wsiedliśmy do tramwaju. Bilet mieliśmy całodzienny, więc jeździć można było.
Plan był taki: Jak zobaczymy, że jesteśmy na rynku, to wysiadamy...
O nieszczęśnicy!
Deszcz się wzmagał, aż w burze przeszedł.
Z nieba strumieniami się lało, a my w głupim tramwaju...
Sucho przynajmniej...
Zamiast do centrum, na jakieś peryferia wywieźli nas. 
Takie prawdziwe, czeskie, bez turystów...
I w końcu wysiadać kazali, bo koniec trasy.
Na przystanku bez budki. W szczerym polu prawie.
A deszcz nadal strumieniami z nieba się lał...

Szybka ocena sytuacji. Gdzie jest przystanek w drugą stronę? Gdzie się schronić? Jest!
Jak kury zmokłe pod tą budkę się ciśniemy. Z Czechami z krwi i kości. Niedolę dzielimy. Ubieramy się we wszystko, co torby zmieścić radę dały. Bo zimno!

W końcu do tramwaju wsiadamy. 
Po czasie długim na przystanku jakimś wysiadamy.
Takim, co to chyba blisko centrum...
Plan studiujemy... Przesiąść się musimy. Ale stąd to nic do hotelu naszego nie pojedzie. Ani nigdzie indziej w naszą stronę... Siedzimy więc, nie wiadomo po co.
Bo na deszcz, to nie za bardzo. Ale siedzieć pod budką,
też sensu nie ma... bo może za dwa dni dopiero przestanie? Kto wie...?

Po medytacji krótkiej decydujemy. Idziemy.
Przynajmniej na następny przystanek.
A tu kilka kroków dalej kawiarnię jakąś widzimy.
Nie, nie tą tak desperacko poszukiwaną.
Inną. Slavia.
Niech będzie i ta Slavia. Byle tylko ciepło w niej było!



Stolik przytulny znaleźliśmy. Palaczinki zamówiliśmy.
Najlepsze jakie kiedykolwiek jadłam.
Pianista na fortepianie pogrywał, jak Szpilman w Warszawie kiedyś... 
Co za błoga atmosfera...
Siedzieć by tam i siedzieć...

A potem w przewodniku przeczytaliśmy, że kawiarnię Slavia po prostu się poleca. Polecam i ja!


Deszcz przestał padać. Most Karola od razu się zaludnił. Jak gdyby nigdy nic. Nawet muzycy ze swoich dziur powychodzili. 





I wtedy nadszedł czas na powrót na Hradczany.
Pamiętacie? Od 18:00 jest spokojniej na Złotej Uliczce.
I za darmo.





Złota Uliczka to zaledwie kilka urokliwych domków zachowanych z dawnych czasów. 



W ten sposób zobaczyliśmy z grubsza wszystko,
co chcieliśmy. 


Wieczorem na kolację wyskoczyliśmy jeszcze.
Już bez ciśnienia.
I nagle okazało się, że jesteśmy przed poszukiwaną kawiarnią "Imperial",
która okazała się być tak blisko rynku, że ech...

Nagle Plac Rewolucji się znalazł i dzielnica handlowa...
Wszystko się znalazło. O 22:00....


4 komentarze:

  1. Rety, a tak sie opieralam przed ta Praga skutecznie w tym roku, a tu zamacilas mi i zamieszalas, w sentymentalne struny uderzylas... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaczka w Pradze? No tak... a gdzie Ciebie jeszcze nie było? :D

      Usuń
  2. Pragę uwielbiam ..piękna ! szkoda że nie mogłam poznać Warszawy z czasów jej świetności ..myślę że tak samo by mnie zachwyciła ...Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Najbardziej kocham Prage pora zimowa. Ma wtedy niesamowity klimat!

    OdpowiedzUsuń