niedziela, 28 września 2014

Wyścig szczurów - edukacja dla dzieci



Urodziłaś. 
Pierwszy rok minął, zaczynasz rozglądać się pomału za przedszkolem. 
Posyłasz dziecko do klubików, żeby do dzieci przywykło i w ogóle przebojowe było. Na kursy i kursiki z brzdącem chadzasz, angielskiego dla maluchów szukasz, albo nawet przedszkola dwujęzycznego. Pływać uczysz, póki małe. Do filharmonii, teatru, na koncerty, przedstawienia chadzacie, o muzea zahaczacie, bo na kulturę nigdy nie jest za wcześnie. Uczysz twojego dwulatka czytać, liczyć... Zamiast na plac zabaw, na zajęcia plastyczne chadzacie, na flet, fortepian, rytmikę...
Nie szczędzisz czasu ani pieniędzy, by dziecku swojemu start najlepszy umożliwić. Zrozumiałe.


Świat tempo narzucił szalone. Konkurencyjnym trzeba być, języki znać, na nartach jeździć, tańczyć, technikę najnowsza znać i mieć, szkołę renomowaną skończyć i już w młodości o przyszłości myśleć. 
Myśleć intensywnie...

Wyścig szczurów...

Trudno o pracę. Dobrą pracę.
Wiesz coś o tym...
Utrzymać ją czasem trudno. Dostępnym masz być: Telefon ciągle dzwoni. Maile nadchodzą. W weekend o pracy myśleć musisz. Terminy cię gonią, papiery się piętrzą... rozmowy, spotkania, omówienia, raporty, terminy, nóż na karku... 
Ale przynajmniej pracę masz. Dobrą pracę.
I stracić jej nie możesz, więc wszystko z siebie dajesz.

Albo inaczej. W domu z dzieckiem jesteś. Masz ten luksus, że pracować nie musisz, bo twój mąż dobrą pracę ma. Ale oczy szeroko otwarte masz. Wiesz, że dobra praca to podstawa... Wiesz, że dzisiaj  poszukuje się absolwentów z wiedzą i doświadczeniem seniora. Wiesz, że najlepszy wygrywa. 

Jeśli już dziś o przyszłość dziecka swego nie zatroszczysz się, jutro może być za późno. 
Jakieś młodsze dziecko twoje wyprzedzi. Bo mama czas i pieniądze zainwestowała. 
Bo na angielski w przedszkolu posłała. Bo czas na muzea miała i podróże. A twoje, na głupim placu zabaw siedzące samotnie (bo dzieci wszystkie na kursach), z wyścigu wypadło już dawno...
Uczucie porażki masz może czasem, jak na pusty plac zabaw spoglądasz. A może ty również dziecko do szkoły prywatnej posłać powinnaś? 
Może do muzeów i ośrodków naukowych dla dzieci czas zacząć chodzić? Albo przynajmniej w domu dziecko wyedukować? W zabawki edukacyjne zainwestować, programy na komputer kupić, a badziew wszelki z domu przepędzić?

....

Znacie to skądś?
Czujecie zewsząd czającą się presję (a może i modę)
na kształcenie maleńkich dzieci? Na bombardowanie edukacją? Kształtowanie dobrego smaku i obycia?

Tak! Maluchy jak gąbki chłoną.
Ale w imię czego naprawdę maluchy nasze na zajęcia dodatkowe posyłamy? Bo tak się angielskim interesują'? Bo na wystawy tak chętnie chadzają?
Czy już w wieku przedszkolnym do życia zawodowego przygotować je trzeba?
Czy w imię kształtowania dobrego smaku Hello Kitty i Spidermana zabronić?

A co by było, gdyby tak dzieciom po prostu bawić się pozwolić? Na plac zabaw zaprowadzić, zaprzyjaźnić się dać szansę, fantazję rozwinąć... Co by było, gdyby dzieci nasze codziennie na rower wyszły, zamiast na angielski i fortepian? 
Naprawdę bez szans by już były?
I gdyby marzenie ich spełnić i zabawkę kupić plastikową,
która nijak do poglądów naszych nie pasuje.
Co wtedy? Dziecku dobry smak by się popsuł? 
A może jakichś strasznych rzeczy nauczyło by się?





Media wmawiają nam, że dzieci nasze edukować do upadłego musimy.

A ktoś na tym zarabia...

Jak grzyby po deszczu instytuty języków obcych powstają,
uczące niemowlaki chińskiego i innych narzeczy.
W internecie programy i portale z "wartościowymi treściami..."
W bloku reklamowym zabawki z przymiotem "edukacyjne..."
W filharmoniach koncerty dla maluchów...
W księgarniach książki edukacyjne dla dwulatków...
A wszystko to kosztuje...
I na wszystkim tym ktoś zarabia...







I powstało przykładowo takie Centrum Kopernika.
Opiewane zewsząd, wychwalane, reklamowane...
Centrum nauki przez zabawę. Centrum doświadczeń.
Jednym słowem: Miejsce, w którym powinno znaleźć się twoje dziecko choć raz. 
No, chyba że nie dbasz o jego edukacje ;o)

No to zadbałam ;o)
Wybrałam się. Na szczęście nie sama.
Towarzyszyły nam Maryla z Łukaszem (http://www.myeverydaylife.waw.pl) oraz 
Ania z Polą i Klarą (http://www.polaiklara.pl).

Weszłyśmy podjarane, że dzieci nam się wyedukują.
Wyszłyśmy... szybko... zniesmaczone.
Ktoś na nas zarobił....
Ale czy dał, co obiecał?...

Centrum przepełnione, dzieci od groma.
Przy każdej stacji kolejka oczekujących.
Przepychający się dorośli, wpychający własne dzieci, gdzie trzeba. Długie opisy eksperymentów, których nikomu czytać się nie chce. 
Albo i chce się... tylko zrozumieć się nie da. 
Czytasz, czytasz... by na końcu podsumować, że nic z tego nie wiesz. Idziesz więc dalej.
I mimo udanych stacji kilku, dziecko wychodzi z centrum i wie.... że nic nowego się nie nauczyło :D Ewentualnie stwierdzi przy odrobinie szczęścia, że "fajnie było". ;o)

Nasze dzieci z centrum uciekły. :D
Pół biedy, że obok sala zabaw była, gdzie wybiegać się mogły i wyskakać do woli. Bo właśnie tego trzeba im w tym wieku - nie edukacji szalonej, a ruchu!






Nie zrozumcie mnie źle.
Nie mam nic przeciwko edukacji, ani zajęciom dodatkowym.

Dobrze czasami malucha do teatru zaprowadzić czy kina.
Dobrze pokazać to i owo. Zabawkę edukacyjna kupić.
Do klubu zapisać, na zajęcia zaprowadzić.
Dobrze czasami....

Czasami...



15 komentarzy:

  1. Myślę, że w tym wszystkim potrzebny jest złoty środek. Dziecko musi się pobawić, ale też powinno wejść troszkę w ten świat, jak to ty go nazywasz "wyścigiem szczurów", bo takie są realia. Odnoszę takie wrażenie, że jednak dobrze się odnajduję z dzieckiem w tym świecie, że jednak mój syn ma wszystkiego po troszku.... A co do Centrum Nauki Kopernik to sama wiesz...beznadzieja zupełna, strata czasu.... Tak , to prawda zarabiają na dzieciach wszyscy. Przemysł dziecięcy, tak to bym nazwała, rozwija się w tempie zastraszającym. Kursy, zajęcia, warsztaty.....często bardzo drogie.Trzeba wybierać z głową:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie o ten zloty środek mi chodzi. Bo przecież sama chadzam z Sarą w rożne miejsca.
      Byle tylko zwariować się nie dać... Byle nie dać sobie wmówić, ze to czy tamto ... koniecznie... bo jak nie, to....
      Bo wszystko kosztuje.... I ktoś na tej "edukacji" zarabia....

      Usuń
    2. Bardzo dobry post i całkowicie się z Tobą zgadzam.
      Presja potrafi zabić, a dziecko zawsze jest tylko i aż dzieckiem..

      Usuń
  2. Ja myślę, że jak we wszystkim potrzeba złotego środka. Co z tego, że dziecko będzie znało języki, umiało grać na fortepianie, jak nie będzie potrafiło odnaleźć się w społeczeństwie, nie będzie umiało współpracować z innymi? Zostanie samotnikiem z wyćwiczonymi umiejętnościami. To ja już wolę, żeby mój syn miał przyjaciół, niż liczne talenty.
    Nie jestem przeciwninczką uczenia dzieci od małego brzdąca. Sama przemycam wiedzę Mateuszowi w różny sposób. Chodzimy na różne zajęcia, bawimy się "w angielski" w domu, ale też codziennie jesteśmy na placu zabaw, bo syn ma już swoich przyjaciół, za którymi po prostu tęskni.
    Nie popieram ani lenistwa mamy, która jest w domu z dzieckiem i nie chce jej się poświęcić dziecku czasu, ani posyłania dziecka codziennie na zajęcia dodatkowe, kosztem zabawy z rówieniśnikami. Bo najtrudniejsze jest chyba nie wpadanie z jednej skrajności w drugą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam napisać to samo - po nic mi wyedukowane dziecko, które nie ma przyjaciół. Po nic mi mały geniusz, nie potrafiący się odnaleźć w grupie rówieśników. Po co robić z dziecka kalekę chowając je pod kloszem? Rozsądku nam trzeba...

      Usuń
  3. Tak! Dajmy dzieciom więcej zabawy, dawkując im odpowiednią ilość edukacji, ilość którą przyswoją i która nie obciąży ich za bardzo.
    Widocznie trafiłyście na taki dzień, nasza wizyta w CNK dwa lata temu była rewelacyjna, bez tłumów, kolejek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byc może faktycznie byłoby fajnie. Gdyby Centrum nie stawiało na zysk ;o) Bo póki co wpuszczają wszystkie tłumy hurtem....

      Usuń
  4. No cóż ja jakoś nie mam potrzeby edukowania swojego dziecka na tym etapie. Angielski i tańce w pkolu są ok. I więcej nam nie trzeba. Na razie stawiam na sport, ruch, świeże powietrze, dużo śmiechu, dużo dzieci i dużo obojga rodziców :) Na edukacje przyjdzie czas i ja wiem co mówię :) A ścigać się z nikim nie muszę bo po co :)) zero takich potrzeb u mnie, a za to więcej czasu na fajne rzeczy mi zostaje :) Buźka Laski :) Ps. Rodzice mają zbyt spięte dupy w tych czasach (albo całkowicie rozpięte).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem tez taki, ze im więcej rodzic inwestuje, tym więcej od dziecka wymaga. Bo inwestycja opłacić się musi ;o)
      Ja tez nic nikomu nie muszę ;o) Jak posłałam Sarę do szkoły rok później, to zdziwienie było. Bo te wszystkie matki myślały, ze córka nauczycielki to co najmniej rok do przodu do szkoły pójdzie. A mi to wisi, co inni sobie myślą. Dla mnie moje dziecko jest najważniejsze, a nie opinia innych.

      Usuń
  5. Hieno, właśnie napisałaś to co i ja od kilku lat myślę. A odkąd jestem w PL (pół roku już!), ręce załamuję, to jakiś kosmos co się tu dzieje. Znalezienie przedszkola dla Jagody to był koszmar, miałam jeden warunek- by było jak najmniej zajęć dodatkowych... Domyślasz się jakie emocje u Dyrektorek to wywoływało :) W jednym z prywatnych przedszkoli opowiedziałam Pani jak w holenderskich placówkach dzieci tylko się bawią, nie mają żadnych zajęć, na co Pani z uśmiechem stwierdziła- I czemu to ma niby służyć??? Aaa pedagog... Jestem maniakalnie przeciwna uczeniu dzieci od urodzenia. Dzieci super uczą się same i w odpowiednim czasie. J zna kolory i pięknie liczy, nauczyła się tego w zasadzie sama. A te całe angielskie, niemieckie itd w przedszkolach, to jakaś paranoja. Wiesz, że w Holandii dzieci angielskiego zaczynają się uczyć w wieku 7 lat i mówią świetnie po ang... Polska stanęła na głowie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Niemczech w przedszkolach tez "tylko" się bawi. I zaniepokojona na początku byłam tym "tylko", bo w Polsce program napakowany, zajęcia dodatkowe.... A te dzieci w Niemczech ciągle na placu zabaw i w kącikach tematycznych.... :D Az poruszyłam temat i mi dyrektorka wyjaśniła... ze dzieci przez zabawę uczy się życia. I na tym etapie to wystarczy. I nie ma nic ważniejszego. Nauka przyjdzie w szkole.

      Usuń
  6. Nie mam z tym problemu i nie ciagam dzicka na wszystkie mozliwe zajecia, bo inni tak robia. Moje dziecko samo jasno wie co go interesuje, a co nie i zabieranie go w miejsca, ktore go nie interesuja na pewno nie uczyniloby go szczesliwym. Jesli ma 'faze' na kosmos i planety idziemy do planetarium. Jesli na tapecie sa dinozaury czytamy odpowiednia lekture, pilka nozna? prosze bardzo, pilka pod pache i na boisko, zanim gdziekolwiek zapisze dziecko sprawdzam delikatnie czy to przejsciowe zainteresowanie, czy rzeczywiscie ma smykalke.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I myślę, ze taka postawa jest najlepsza z możliwych. Bo wszystko jest dla ludzi. Z głową.

      Usuń
  7. dwoma "rencami" się podpiszę pod tym tekstem, już przy Julce czułam że dałam się ponieść fali, że trzeba dać więcej luzu, pozwolić ponudzić i pomarzyć, przy Hani zero spinki, wyścigów, oczywiscie, że ciągamy ją ze sobą w różne miejsce , bo to nasze życie i ona musi nim nasiąknąć, ale dzieci muszą mieć czas by odkryć własna pasję by móc ja rozwinąć bo to ma być ich pasja , a nie projekcja naszych wyobrażeń, poza tym dzieci ucza się przez obserwacje, co z tego ze czytamy dzieciom polecane książki , jeśli nie widzą mamy pochłoniętej czytaniem własnej książki, co z tego ze chodzą na poranki do filharmonii, jeśli widzą, że rodzice nie interesują się muzyką, nie chodzą na wernisaże, nie rozmawiają o kulturze.. dzieci wbrew pozorom wyłapują każdy fałsz..

    OdpowiedzUsuń
  8. My mamy w okolicy muzeum komunikacji (cos podobnego, ale inne, chodzi o pociagi, samochody, lodki, samoloty, rakiety, ale i o telewizje i takie tam) i tam bylismy dwa razy i co dziecko zajelo sie koparkami oraz sterowaniem pociagiem, przejazdzka ciuchcia i to wystarczylo nikt presji nie mial. Prostota. Mamy tez cos takiego jak centrum Kopernika i nigdy nie bylismy, bo ktore dziecko bedzie te eksperymenty wykonywalo jak nawet nam juz bylo za duzo. Nawet nam do glowy nie wpadlo, by tam dzieci zabrac, po co. W muzeum bylismy raz (takim z obrazami) maz wyszedl z dzieciem i powiedzial obejrzyj sobie spokojnie, bo wiem, ze Tobie zalezy, my idziemy na plac zabaw. Do muzeum natury to i chadzamy, bo lubia, bo mamut jest namalowany, bo nie jest duze. Do kina i owszem, na koncert dla dzieci, ale raz w roku. I nigdy nie myslelismy, ze dziecku przyszlosc niszczymy. Fakt sa dwujezyczne, ale to w domu maja i nie musza nigdzie wychodzic. Na karate nie chodza, na jodze starszy byl, bo inne dzieci z jego przedszkola chodzily i mu zal bylo, ze nie bedzie z nimi. A ten fajniejszy plac zabaw co mamy w okolicy to peka w szwach, bo chyba jednak w Szwajcarii rodzice presji nie maja, no moze Ci w miastach, ale Ci w miasteczkach jak my to co najwyzej na kurs plywania zapisza lub do lasu na zajecia coby sobie kielbaske nad ogniem upiec umialy, ja juz im przyjdzie umierac z glodu, bo rodzice o przyszlosc ich nie dbali ;) Oczywiscie zloty srodek jak kazdy pisze.
    Pozdrawiam Edyta

    OdpowiedzUsuń