sobota, 11 października 2014

Ech ta Warszawa...




Po dniu pełnym spotkań i półmaratonie po dziurach wszelakich w sierpniu roku tego ostatkiem sił do hotelu się dobłąkałyśmy.  Tułać się lubię. Nigdy nie celowo. Zawsze jakoś tak wychodzi... 


Bo jadąc tramwajem - wygodnie, jak każdy normalny turysta - nigdy bym Alei Solidarności od drugiej strony nie zobaczyła. A tak, to wiem, gdzie Hindus jest, gdzie dwie Zabki i kino z tramwajem. Wiem, gdzie McDonald i jak na piechotę do Złotych Tarasów dojść. Ba! Na Starówkę prostą drogę znam. 

A wieczorem każdy krok w siną dal poczyniony w kościach czuję... I do łóżka padam jak długa.

Leżymy więc sobie w tym warszawskim hotelu w chłodnawą sierpniową noc. Pod nami Aleja Solidarności. Ruch, światła, ludzie, życie tętni...
A my zasypiamy jak niemowlaki dwa.

I nagle - czy to jawa czy sen? - jakiś głos z komputera. 
Reklama jakaś z głośników na ulicy? Policja? Pościg?
Spróbuj pomyśleć racjonalnie w półśnie... W środku nocy...
Taaak... to na pewno reklama jakiegoś filmu...
w Warszawie nic nie dziwi...
Ale natrętna jakaś...
Wyglądam więc przez okno i wypatruję źródła.
Nie ma. Pusta ulica. Ludzie śpią - nawet w Warszawie.
Co teraz? Głos z megafonu monotonnie mantruje.
Do drzwi głowę przykładam. Taaaak...
Z korytarza urywki komunikatu do mnie docierają...
"Uwaga... Achtung... bez paniki... spokojnie..."
Choć wszystkie zmysły wyostrzam, więcej nie rozumiem...
Może by tak głowę wychylić i posłuchać?
Taaaak... wychylę głowę, a tam terrorysta łeb mi odstrzeli....!
Albo jako zakładnika weźmie! Bo durna baba w pokoju usiedzieć nie potrafiła...
A może pożar??? Fajnie, usmażymy się na żywca, bo strach było pokój opuścić...

Siedzisz w środku nocy w warszawskim hotelu,
wszyscy śpią, a z korytarza natrętnie dobiega komunikat, żeby "bez paniki". 
Co bez paniki???

Cichaczem otwieram drzwi - tak żeby terrorysta nie usłyszał - i głowę wystawiam. Terrorysty nie ma - przynajmniej nie na naszym piętrze. Komunikat huczy ze schodów awaryjnych. No to myk na te schody. Słucham w pełnej gotowości (gotowa na "padnij" i "uciekaj" tudzież "chowaj się").
Aha. Pożar. Ewakuacja hotelu.
W środku nocy...

Stoję. W piżamie.
Myśl, myśl...!
Co byś zabrała na bezludną wyspę?
Co byś zabrała, jakbyś się miała migiem spakować?
Zabieram wszystko, co cenne, a na koniec napycham torbę ubraniami. Nie wiadomo, ile w tych piżamach w środku Warszawy stać będziemy...
Na koniec budzę Sarę...
Wychodzimy "bez paniki" na ulicę.
A tam panowie w kraciastych zestawach, panie z falbankami, dresami, ze swetrami narzuconymi. Każdy ze spojrzeniem nieprzytomnym...
I taksówkarz... ma ubaw... 

Co się dzieje? Co się dzieje?
A  nic...
Jakiś gość w pokoju papierosa zapalił.
I alarm uruchomił...
Niech go szlag!

Wracamy więc na piętro piąte. Schodami rzecz jasna.
Bo podczas pożaru windy nie działają....











Do Warszawy nie do Syrenki jadę, na zakupy również nie. Nie w turystycznych celach. Już nie....
To nie stolica przyciąga. To ludzie...
I spotkania te tyle znaczyć zaczęły, że na koniec "do następnego roku" mówimy sobie....
Bo fale te same...

Gdyby nie blogi, nigdy bym ich nie poznała...




3 komentarze:

  1. ze smutkiem w oczach muszę napisać,że zamazałaś mi jedyną okazje aby pannę B. zobaczyć :(
    a tą historią na 200% mnie przekonałaś, że gdzie Ty tam i jakaś przygoda :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło było spotkać Was na targu śniadaniowym w Warszawie. Świat jest mały! Pozdrawiam ciepło! Joanna

    OdpowiedzUsuń
  3. no i komentarz zjadlo wiec krotko :) dzieki za te wakacje a za rok widzimy was troje, pamietasz? ps. dawaj zdjecia :*

    OdpowiedzUsuń