Freitag, 3. Oktober 2014

Na lodowiec do Austrii... w lecie





O tym, że lodowce w Alpach,
każdy chyba słyszał.
A my chcieliśmy zobaczyć na własne oczy.

No i wybraliśmy się. W środku lata.
Kiedy to żar z nieba się lał, że w takie dni, to tylko na basen...
No ale chcieliśmy koniecznie....


Wybraliśmy się autem do Hintertux. 
Droga była łatwa: Jedz prosto przed siebie,
aż ulica się skończy i wylądujesz na parkingu ;o)
Już z daleko ten śnieg górski widać było.
A droga - w obliczu celu - dłużyła się i dłużyła.
Bo wrażenie się miało, że to już tuż tuż.


Dojechaliśmy.
W sandałkach trekingowych, krótkich porciętach i podkoszulkach warto do kasy podążyliśmy.
Dziwi was to? Przecież upal był! ;o)

Bilety na trzy kolejki w sumie, żeby na szczyt dotrzeć.
Sara za darmo.

Z wyciągu narciarze wysiadali. W swetrach wełnianych,
rękawicach, grubych spodniach...
Niby normalnie, jak na nartach się jeździło.
Ale w obliczu żaru tego, widok osobliwy.

Mózg mi się włączył (chwała narciarzom!).
Mówię: "Wracamy do auta!"
"Po co?"
"Narciarzy widziałeś? Ubrać się musimy! Na górze jest zima!"

Uwierzył. Sprawdziwszy uprzednio wskaźnik temperatur przy kolejce: 5 stopni na szczycie.

Naubieraliśmy wszystko, co w aucie znaleźliśmy.
Na szczęście będąc autem w drodze, mamy ubrania na każdą pogodę - doświadczenie nauczyło, że warto wozić... Znaleźliśmy więc polary, kurtki przeciwdeszczowe, wysokie buty wędrowne, dla Sary cienką czapkę, rajtuzy, wełniane skarpety... 
Mieliśmy nadziejęże to wystarczy, powątpiewając jednocześnie, że wszystko to się naprawdę przyda ;o)

Idąc do wyciągu przy 30 stopniach czuliśmy się jak pajace.
Ludzie w sandałkach do wyciągu wsiadali...
My zaś - w pełnym rynsztunku, nie wiedząc nawet, czy się przyda...

Wsiedliśmy w pierwszą kolejkę.


Na pierwszej stacji przyjemnie, ciepło nawet, zielono.
Turystów dużo, schronisko ogromne, zabawki dla dzieci.
Sielanka.

Czas na drugą kolejkę.
Coraz mniej zieleni, coraz więcej kamieni.
Szaro. Wiatr gondolą szarpie i miedzy szpary drzwi i okien wciska. Wysoko robić się zaczyna.


Wysiadamy. Wita nas ostry podmuch wiatru.
Zzzzzzimno.
Ubieramy wszystko, czego jeszcze nie założyliśmy,
w duchu dziękując narciarzom, że raczyli wysiąść z kolejki,
jak akurat bilety kupowaliśmy.
Inni tyle szczęścia nie mieli... i rozumu...
Sandałkowi turyści dreptają po stacji, zastanawiając się,
co teraz... Bo bilety już kupili...
Jedni zdeterminowani (zapłacili więc jadą), inni rezygnują, owijając dzieci maleńkie w wózkach we wszystko, co na grzbiecie mają...

Spoglądamy w górę. Na lodowcu jeszcze nie jesteśmy,
ale śnieg już widać i miejscami dotknąć można.
Rozciapany, wodnisty, śliski.




Wsiadamy w kolejkę trzecią.
I z góry, w pełnej okazałości, pojawia się on: lodowiec:



Na początku w ogóle nie dociera do mnie, co widzę.
Nauka z geografii poszła w las ;o)
Śnieg sobie wyobrażałam. I tyle.
że ten śnieg na czymś spoczywać musi i że to właśnie na masie lodowej, to już nie pomyślałam ;o) 

Kto na zdjęciach nie dostrzegł lodowca, wraca koniecznie do trzech ostatnich!


I w końcu wysiadamy na szczycie.
Zima na całego. Wyciągi narciarskie, stoki, narciarze.
Słońce świeci. Właściwie to razi po oczach.
Kto ma, zakłada okulary.
Zimno. Ale nie tak, jak na stacji środkowej.
Jesteśmy nad chmurami... lub pomiedzy. 
Słońce się przebija i nas ogrzewa topiąc przy tym śnieg...
Śnieg jest mokry...






No ok. Jesteśmy. I co teraz?
Taras widokowy jest. Z lunetami - za darmo.
Można okiem na okolicę rzucić.

Co jeszcze...
Nart nie mamy. ("Mamo, możemy wypożyczyć narty? Możemy, możemy, możemy?") Nie możemy/nie chcemy... nie w takim ubraniu.

Nieopodal wyciągu karuzela pontonowa dla dzieci.
Za darmo. I jeszcze Haribo rozdają.
Za licho jednak ubrani jesteśmy, jak na przesiadywanie na mokrym pontonie.

Obok górka i pontony. Zjeżdżać można. 
(Tak, tak - także za darmo.)
Highlight!
Zjeżdżamy we wszystkich kombinacjach- razem, osobno, na leżąco, siedząco, stojąco, tyłem i przodem.
W międzyczasie pani z obsługi napełnia nam kieszenie żelkami Haribo.
Jest fantastycznie!




Koniec możliwości? No nie!
Można się wybrać do jaskini lodowej i popodglądać lodowiec od środka/od dołu.

Z żalem rezygnujemy. Buty Sary i taty przemokły na mokrym śniegu. No bo kto to myślał, żeby śniegowce z domu brać?

Ale wy o tym pomyślcie, jak na lodowiec wybierać się będziecie! Zabierzcie buty nieprzemakalne i zestaw zimowy.
Nie pożałujecie i na pewno więcej przeżyjecie niż my :)


Kommentare:

  1. ech powiedz jak to jest ze jak tylko widzę zjęcia z śniegiem w tle, to mnie coś nakręca i wciąga na tyle, że nawet do dziecka ( a jestesmy w szpitalu ( ale ona gra własnie na ipadzie - żeby nie było, ze taka wyrodna do cna jestem:))) mówię poczekaj, daj mi chwilkę :)
    jestem "pazerna" na podróże, ale te z zimowymi krajobrazami omamiają mnie kompletnie :) pięknie i dziekuję za wskazówki, ja nie zapomnę zabrać śniegowców dzięki Tobie :)) od dziecka mamy w domu taki przykład nijakiej Izy O, koleżanki taty ze studiów, która przeszła w koleżeńskich opowieściach do historii przez to, że na rajd zamiast zabrać wygodne buty, wybrała się w kozaczkach na obcasiku :)) wiec dla mnie ci sandałkowcy to takie Izy O. :)
    oj chciałabym na taki lodowiec... super zdjęcia!


    AntwortenLöschen
  2. Zima w środku lata... niesamowite uczucie i przeżycie, no i ten lodowiec :)

    AntwortenLöschen