Freitag, 23. Januar 2015

Edukacja w wieku przedszkolnym



Śledząc pilnie bloga wiecie, ze Sara w swojej karierze przedszkolnej zmieniała raz placówkę. Ta macierzysta była bowiem do bani, o czym przekonałam się zbyt późno.
Będąc na rozmowie w sprawie zapisu do nowego przedszkola pytałam o wszystko.
Także o tzw. edukację dzieci.
Ze niby co te dzieci robią w tym przedszkolu cały boży dzień?
Rytmika? Angielski? Tańce? Podręczniki? Plan edukacji?...

Dyrektorka popatrzyła na mnie jak na głupią. Serio...
I mówi, że nic z tych rzeczy w ich przedszkolu nie ma.


No jak to... to one przez cały dzień NIC się nie uczą?
Bo przecież w Polsce taka panika z tą edukacją,
że trzylatki na kursy czytania się posyła, angielski w wieku niemowlęcym, jakieś pseudo-szkoły z programem dla maluchów powstają jak grzyby po deszczu, a w każdym przedszkolu program edukacyjny to podstawa...
Pani! - mówię - marnują się najlepsze lata naszych dzieci!
One teraz chłoną jak gąbki! Czemu przedszkole nie jest w tej sprawie bardziej aktywne?

Na szczęście na mądrą dyrektorkę trafiłam. I placówkę dobrą.
Tak mi odpowiedziała:

Nie dajmy się zwariować! Przecież dzieci w wieku przedszkolnym uczą się cały dzień!
Uczą się przez ruch i zabawę. To najbardziej naturalne na świecie!
że liter jeszcze nie uczymy... nauczą się w kilka tygodni w szkole! Czy będą przez to na straconej pozycji?




A teraz tak na serio: 
Ile z tego angielskiego - raz w tygodniu po godzinie - wasze przedszkolaki w ogóle zapamiętają? 
Może policzą do dziesięciu, zaśpiewają piosenkę i się przedstawią.. Być może nazwą jeszcze kilka przedmiotów... Czy starsze dziecko w szkole nie będzie w stanie takiego "ogromu wiedzy" nadrobić? 
Szkoły językowe wmawiają nam, że w wieku przedszkolnym dzieci najszybciej i naturalnie się uczą języków. Racja, tylko nie wspominają jednego: Naturalnie, to uczą się dzieci obcujące większość dnia z językiem!
Bo czy wasze dzieci po kursie angielskiego konwersują z wami po angielsku? Mówicie do nich po angielsku? Oglądacie angielskie bajki? Czytacie książeczki? Wołacie do nich po angielsku na placu zabaw?
Nieeee? Więc o jaką naturalną naukę języka chodzi?
Te sztuczne 45 minut, w których dziecko uczy się piosenki albo liczy do dziesięciu... Szczerze? Tyle, to ja sama nauczyłabym moje dziecko... bez wywalania grubych pieniędzy na kursy.

Skąd ta panika, że już w przedszkolu trzeba w dzieci tą wiedzę ładować? Po co te cholernie drogie kursy, które w efekcie nic nie dają, poza pogłaskaniem ego rodziców?

Dzieci w wieku przedszkolnym NIE potrzebują kursów!
Potrzebują za to RUCHU!
Zamiast na angielski, idźcie z dzieckiem na zajęcia ruchowe!

Czy wasze dziecko ma wykształconą równowagę?
Czy potrafi złapać piłkę? Samo się ubrać? Jeździć na rowerze bez podpórek? Balansować? Czy podczas zabawy sięga prawa ręką po zabawki na lewej stronie czy raczej używa lewej ręki do lewej strony?

To takich rzeczy maluchy uczyć się powinny.
I nawet jeśli wydaje się nam, że to banalne sprawy, to wiedzcie, że bez tych banałów wasze dziecko będzie mieć problemy.
Angielskiego na starcie mu nie trzeba, literek też nie, ale równowaga to podstawa.

Centrum równowagi kieruje impulsami wielu odcinków mózgu.
Zaburzenia równowagi mogą prowadzić do trudności z pisaniem, ortografią, czytaniem, liczeniem...



Dziecko, które ma problemy ze złapaniem piłki, nie będzie też potrafiło czytać płynnie, ponieważ jego oczy najprawdopodobniej nie potrafią bez przerwy podążać za przedmiotem. Jeśli ma do tego problem z koordynacją palców (nie potrafi złapać piłki palcami), to najprawdopodobniej będzie pisało jak "kura pazurem".

Dziecko, które nie odróżnia strony lewej od prawej i ma problemy z przekroczeniem linii ciała ze strony prawej na lewą i na odwrót, nie ma wyspecjalizowanych półkul mózgowych. 
Dobrze rozwinięte dziecko, które wyspecjalizowało jedną rękę (w celach malowania na przykład), specjalizuje również mózg: Jedna strona jest ekspertem od rzeczy wymagających precyzji czy finezji, druga od rzeczy bardziej ogólnych. 
Jeśli żadna z półkul się nie specjalizuje, wtedy obie próbują nadrobić braki w ten sposób, że każda próbuje nauczyć się wszystkiego (w tym zadań drugiej półkuli). 
A wiemy z reklamy, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego ;o) Efekt jest taki, że zamiast dwóch półkul-ekspertów, mamy dwóch przeciętniaków. Dla dziecka oznacza to, że właściwie nic nie potrafi wykonać bardzo dobrze. Ma więc problemy z pisaniem, mową, ortografią...

Dla dziecka, które nie rozróżnia strony lewej i prawej 41 i 14 to w sumie to samo.Tak samo będzie mu się myliło "b" i "d" "s" i "z" itd. 

Tak więc zanim zaczniecie dzieci uczyć tych literek, zadbajcie o jego rozwój ogólny i te banalne podstawy, bez których żadne dziecko po prostu nie jest w stanie nauczyć się czytać czy pisać! (Bo znajomość literek nie oznacza, że dziecko potrafi je połączyć w słowa czy zdania.)
Dzieci powinny się intensywnie bawić, aby poczuły każdy kawałek swojego ciała, możliwie często i różnorodnie. 
Bo właśnie wtedy ich mózgi się rozwijają!




Dziecko, które ma luki w rozwoju (nie raczkowało, zbyt szybko stało, nie / mało gaworzyło, nie układało puzzli) będzie mieć prawdopodobnie problemy okołoszkolne. Czas przedszkola to okazja, żeby pomóc dziecku te luki nadrobić i przygotować mózg na czas szkoły. 

Dzieci w wieku 3-7 lat znajdują się w krytycznej fazie, która niejako rozstrzyga o ich dalszym rozwoju. To w tym czasie ich mózg rozwija się najbardziej i stwarza podstawy do wszelkiej nauki w późniejszych latach. A wiadomo: bez podstawy budować się nie da. 

Zobaczcie, jak chętnie wasze dzieci skaczą, biegają, wspinają się, huśtają się... wszystko to dzieci lubią. A lubią to dlatego, gdyż te doznania umożliwiają im dalszy rozwój. 
Dlatego właśnie place zabaw są przez dzieci tak lubiane :)

Dziecko 8-letnie jest "gotowe". Ma solidną bazę do rozwoju intelektualnego, społecznego i osobistego.

Jeśli zaś bazy tej brak, to jest problem.
Szkoła się zgłasza, że dziecko nieskoncentrowane, zamyślone, nadpobudliwe... że brzydko pisze, nie spełnia oczekiwań... zapomina książek, zeszytów, prac domowych... ma chaos w plecaku, nie wie gdzie co jest... że mądre/inteligentne, ale nie potrafi pokazać tego, co umie...

Nie zaczynajcie więc budowy domu od dachu!
Na kursy dla małych geniuszów przyjdzie czas. Pewnie, że nie zaszkodzą. Ale czy naprawdę pomogą?
Zadbajcie raczej o solidna podstawę. Dobrze rozwinięte dziecko nie będzie miało problemów ze startem w wyścigu szczurów :P



Kommentare:

  1. Ach. Wyjęłaś to wszystko z moich ust. A najgorsze, że gdy przyjdziesz z TĄ tajemną wiedzą i zaczynasz o TEJ tajemnej wiedzy mówić w polskich przedszkolach, wszyscy traktują Cię jak wariatkę. Jedna Pani dyrektor, gdy Jej powiedziałam, że w holenderskich przedszkolach dzieci do 4 lat tylko się bawią, zapytała wprost- A czemu coś takiego ma służyć??? No właśnie... brak słów. Zmieniliśmy przedszkole jedno w PL (muszę wrzucić ten wpis w końcu na bloga, może dziś), było w nim 4x w tyg ang i 2x tyg niemiecki, w grupie 4 latków... a dzieci jakiś czas na zabawę swobodną miały dopiero koło godziny 15. Paranoja

    AntwortenLöschen
  2. ❤ Tak, tak i jeszcze raz tak !!! Mnie dziwi czemu nie powstają gimnastyki dla mam z dzieckiem w wieku od 3 do 5 lat. My na takowa w Szwajcarii chodzimy. Co tydzień ustawiamy "plac zabaw" do wspinania, skakania, biegania, balansowania, przeskakiwania, hustania, lapania pilki, zbijania kręgli. I widzimy na własne oczy jakie postepy nasze dzieci robią, do czego należy motywować, czego się boja. Pani, ktora to prowadzi jest tylko do instruowania nas co mamy robic, nie konczyla żadnych kursów, jest ot zwykla mama. Dostala do reki plan i ma go rozdzielić pomiędzy inne mamy. Bo to my rodzice mamy zapewnić dziecku dobre podstawy do dalszego rozwoju, a nie jakas nauczycielka. Bo my przez to uczymy się razem z nim czego potrzebuje. A taki angielski... No nie spotkalam się jeszcze, aby ktoras z tutejszych mam na cos takiego zapisala. Zapisuja owszem na: plywanie, rytmikę, gimnastykę, zajęcia w lesie. Tylko dzieci z rodzin dwujęzycznych mowia dwoma językami o ile rodzice maja wystarczająco duzo samozaparcia. Ale jakis kurs w tym kierunku, raczej nie. Nawet nauczycielki tutejsze nie uczą dzieci w domu drugiego języka. Nie widza takiej potrzeby. Przyjdzie z czasem. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale z takowym jak dotychczas się nie spotkałam.
    Pozdrawiam Edyta

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. Gimnastyki nie powstaja, bo nikt na to nie wpadl! :D Kazdy chce, zeby jego dziecko potrafilo jezyki, czytac, pisac, juz w przedszkolu uczylo sie fizyki i innych cudow. A nikt zdaje sie nie wiedziec, ze dziecko wieku przedszkolnym bardzo czesto nie jest w stanie podolac takim wymaganiom, bo mu podstaw brak. To tak, jakby dziecku, ktore nie umie lapac pilki, ciagle ta pilke rzucac, w nadziei, ze przez taki intensywny trening ta pilke w koncu zlapie - a kto wpadnie na to, ze z tym dzieckiem trzeba sie cofnac o krok do tylu i najpierw pocwiczyc palce, ktore najprawdopodobniej nie potrafi skoordynowac? No wlasnie! Kazdy chce natychmiastowych efektow. A te wszystkie szkoly i szkolki tylko leja wode na mlyn. Nic dziwnego - w sumie zarabiaja na tym grube pieniadze.
      Sara tez chodzila na zajecia ruchowe dla malych dzieci. Niemalze w kazdej wiosce takie sa - prowadzone przez mamy. Zadne wielki wysilek. Tylko zeby ktos sie za to wzial i zorganizowal...

      Löschen
  3. No właśnie! Szukam jakiś zajęć ruchowych dla czterolatka i nic u nas nie ma. Angielski proszę bardzo, nauka literek jak najbardziej, cyferki są a ruchowych zajęć brak. Poza baletem, który co chwilę jest odwolywany nie ma nic. Wszystko od lat 6-7 a dla maluchów nie ma. No to biega ten mój wulkan energii po drabinkach na placu zabaw w środku zimy ;)

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. Nikt na to nie wpadl, ze jest takie zapotrzebowanie. A jak ktos w koncu zajarzy, to bedzie chcial zbijac na tym fortune.... Chyba trzeba wziac sprawy w swoje rece?

      Löschen
  4. Najwyraźniej wypadałoby zorganizować, ale czy mama poszlsby z, czy raczej wolala oddać na ten czas komuś. To tez dobre pytanie. My placimy, ale symboliczna sumę klubowi sportowemu co to organizuje. W zamian urządzają dla nas raz w roku wycieczke, Mikolaja w lesie oraz grilla z zawodami na koniec. A i niedzielne cwiczenia z Tata tez raz w roku. Na dodatek na Te okazje samemu pieczemy ciasta i robimy salatki ;) Wiecie jak to integruje. Niesamowita rzecz. Tylko chciec :)

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. O to, to! Odnoszę wrażenie, że zajęcia w godzinach popołudniowych bywają dla niektórych okazją do "zmęczenia dziecka", ot, żeby wcześniej "padło"... Widzę (w Poznaniu), że już jakby coś raczkowało, jakieś świetlice, "oddolne" społeczne inicjatywy. Ale to taka kropelka w morzu.

      Löschen
    2. Edyta - u nas jest dokładnie tak samo!

      Löschen
  5. O tak - wyjście na spacer czy plac zabaw lepsze od wkuwania literek i cyferek! Moje dzieci są o wiele bardziej stabilne emocjonalnie, kiedy się wyskaczą, wybawią i wyszaleją. Lub po prostu swobodnie spędzą czas z rówieśnikami.

    AntwortenLöschen
  6. ja mam inny problem...tu dzieci do szkol chodza od lat 4.... ucza sie od razu pisac i czytac... przez zabawe to fakt teraz (lat 5) plynnie juz czytaja troche mniej plynnie ale licza i pisza (!)... w domu mowimy po polsku w szkole angielski chloniety jak gabka...mimochodem... wiec poza szkola dbam tylko o jedno..o ruch.. i wierz mi wiele miesiecy byla uznawana za dziwolaga posylajac Moja na poza szkolne zajecia najpierw z baletu teraz gimnastyka artystyczna podczas gdy reszta polskich dzieci posylana byla na cala sobote do polskiej szkoly gdzie ucza sie w lawkach polskiej ortografii i historii...toz to glupota straszna...niech mnie biczuja..ale dla mnie to jest dla takich malych dzieci katastrofa..zmeczone calym tygodniem jeszcze 5h siedza w sobote w lawkach kiedy moga sie w tym czasie wspinac skakac i biegac....nie bede dziecku zabierac dziecinstwa...i tak wszystko za szybko gna...

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. Miałam i ja ambitny plan nauczenia dziecka czytania i pisania po polsku, historii i w ogóle wszystkiego dwujęzycznie. Poddałam się. Na pewno kiedyś do tego wrócę, ale na razie odpuściłam, bo nie widzę sensu w chwili obecnej. Nie wyobrażam sobie, ze mogłabym Sarze teraz, kiedy jest w pierwszej klasie i uczy się czytać i pisać po niemiecku, mieszać jeszcze polskimi dwuznakami. Ja myślę, ze ja sobie ugruntuje niemieckie podstawy, to kiedyś w wakacje przerobimy na szybkensa polskie czytanie. A jak będzie umiała czytać, to już pozostanie mi podsuwanie jej odpowiednich książek polskich. Resztę załatwią wypady do Polski i niewymuszone opowiadania o historii Polskich podczas podróży i innych okazji.
      Takie plany. Mimo ze popieram wszelkie inicjatywy celujące na wspieranie polskiej kultury i polskości wśród dzieci, to Sary do polskiej szkoły w naszej obecnej sytuacji tez bym nie posłała. A już na pewno nie, jeśli miałoby to polegać na siedzeniu w ławkach i zakuwaniu.
      Może jakby była jakaś genialna i szkoła by ja nudziła zakresem wymagań... wtedy bym jej dala na pożarcie polska edukacje ;o) Ale moja córka jest przeciętniakiem... niedługo zacznie się zakuwanie w szkole niemieckiej.
      Czy te dzieci chodzące w weekendy do szkoły polskiej maja jeszcze czas wolny? Temat mnie zainteresował.... Czy maja prace domowe, zakuwanie, egzaminy...?

      Löschen
    2. Ja posłałam swoją córkę do polskiej szkoły z kilku powodów po pierwsze zamierzamy wrócić do Polski a wiem że mi samej trudno byłoby ją uczyć a poza tym widzę, że córka chętniej uczy się w szkole, w grupie niż ze mną bo chyba jestem za wymagająca;)
      Po drugie dobrze sobie radzi w niemieckiej szkole i zajęcia w polskiej nie powodują że cokolwiek zaniedbuje, albo ma za dużo na głowie.
      Po trzecie ma kontakt z polskimi dziećmi, nauczycielami a ja mam kontakt z polskimi ludźmi;)
      Szkołę prowadzi polska misja katolicka więc jest też dużo okazji do wielu spotkań, uroczystości, występów z różnych okazji to taka polska wspólnota.
      Po zajęciach są też kółka taneczne, muzyczne i teatralne.
      Na te zajęcia chodzi co dwa tygodnie w sobotę i są to 4 godziny lekcyjne w tym muzyka i rytmika, religia, polski i matematyka więc nie tylko siedzenie. Do domu zadań mało narazie zobaczymy jak będzie dalej. Wakacje są takie jak w niemieckiej szkole, więc jest dużo przerw. Narazie to dla niej rozrywka, ponieważ poszła rok później niż do niemieckiej gdzie już umiała pisać i czytać. A najważniejsze że sama chce chodzić i jest bardzo zadowolona.
      Ale mam znajomą Polkę, męża ma niemieckiego;) i mają bliźniaków którzy rok chodzą do tej szkoły i wrecz jej nienawidzą i powiedziała że musi odpuścić i zatrudni nauczycielkę do domu.
      Uważam, że nic na siłę każda szkoła inna, i też inne podejście dzieci więc i tak to rodzic musi się zastanowić czy warto posyłać dziecko do takiej szkoły.
      A ruch tak! To ważna rzecz, podstawa dziecięcego rozwoju a jeszcze na świeżym powietrzu to samo zdrowie;) U nas dzisiaj sypie śnieg, zimno z domu strach wychodzić a moja córa z dziewczynami po odrobieniu zadań umówiła się na lepienie bałwana i poszły pod szkołę dobrze się bawić. Wróciła cała mokra z uśmiechem na twarzy;) i chyba o to chodzi żeby dzieci miały równowagę, obowiązki i zabawę...

      Löschen
    3. Dzieki za te informacje. Nie mialam pojecia, ze polska szkola wlasnie tak wyglada. A z twojej relacji wynika, ze nie taka straszna :) Ale- jak piszesz- nie dla kazdego. I tu trzeba sie troche wsluchac w potrzeby i mozliwosci dzieci. Zeby nie zaszkodzic przypakiem nadmiarem patriotyzmu ;o)

      Löschen
  7. Ja dodatkowo zauważyłam jakąś wszechobecną paranoję dwubiegunową (nie wiem, czy jest taka, ja ją tak odbieram ;) ). Z jednej strony jest dokładnie tak, jak piszesz! Rodzice sami się nakręcają i uwielbiają wymieniać, na jakie zajęcia ich dziecko chodzi już w przedszkolu. Jak to Apaczowa, twoje dziecko nie chodziło do przedszkola??? To jak się nauczy angielskiego, rytmiki, pływania, no jaaaaak? Okazało się, że mając angielski dopiero od zerówki nauczyła się jednak na tyle, że przez 4 klasy szkoły wygrała już kilka konkursów z angielskiego (nie chodząc na żadne dodatkowe zajęcia) i uwielbia (i umie) tańczyć. Hmmm. Jak to się mogło stać?! I teraz ta druga strona medalu. Skoro uwielbia tańczyć błagała mnie, by ją zapisać na zajęcia taneczne. Zapisałam. I na teatr, bo bez niego żyć nie może. Zapisałam. Chodzi od trzech lat na jedno i drugie i co słyszę? Matko, Apaczowa, ona ma 3 razy w tygodniu jakieś zajęcia pozalekcyjne, nie za dużo to? Czy ona wyrabia się z nauką? (no chyba wyrabia, skoro została prymusem klasy). A ona chce tak chodzić? (nie, ciągnę ją za uszy za każdym razem). !!! Człowiek głupieje od tego całego gadania, bo ma wrażenie, że albo on zwariował, albo cała gadająca reszta! Na szczęście jedyna osoba, której słucham w tej kwestii, to moja córka. Ona najlepiej wie, czego chce, a ja jestem tylko od pilnowania, żeby nie przedobrzyć ani w jedną, ani w drugą stronę.

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. Ja, jako przeciwniczka przeciążania dzieci zajęciami dodatkowymi, posyłam teraz moja córkę kilka razy w tygodniu na treningi.... :D Powód taki sam jak u Ciebie: Moje dziecko uwielbia sport i jest w tym dobre.
      Opisana przez ciebie sytuacja obrazuje poskie myslenie: ze wszystkie zajecia dodatkowe sa w przedszkolu, wiec po skonczonej robocie dziecko ma wolne i ma tzw. dziecinstwo. Jesli te same cuda (basen, rytmika, angielski) robilabys po przedszkolu, to bys oficjalnie owo dziecinstwo biednemu dziecku odbierala. :D Stad zapewne oburzenie kum, ze 3 razy w tygodniu posylasz gdzie po lekcjach.

      Löschen