sobota, 6 czerwca 2015

Mam rower




Mam rower. Wielki jak czołg.
Z koszykiem jak na worki ziemniaków.
Co ja w nim będę wozić???

Miał być retro. Już nawet w necie wybrałam model:
ze zgrabnym koszyczkiem, białymi oponkami, reszta w mięcie.
Czujecie klimat? Bo ja już czułam wiatr we włosach.
Pojechaliśmy odświętnie całą rodziną po zakup.
Starą furgonetką bez klimy. W ten najgorszy upał...
Wyprawa jak na wakacje... do Włoch przed 15 laty...
Muzyczka gra, nawiew aż huczy, 
a fura pruje po autostradzie wyjąc z wykończenia.


Dojechaliśmy do sklepu, rowerek szybko znaleźliśmy.
Dla pewności rundkę zakręciłam po sklepowej autostradzie.
Przy okazji zdruzgotana przyznałam przed sobą, że po 15-letniej przerwie można (tak to możliwe!) zapomnieć, jak się jeździ... Głowa w piach. Na szczęście w półki żadne nie wjechałam, dziecka nie stratowałam, ani nie wyglebiłam... a niewiele brakowało. W każdym przypadku.
Pełnia szczęścia: zakręciłam koło, u celu czeka stęskniony mąż.
U już, już mamy iść do kasy... a tu sprzedawca-złoczyńca się na nas zaczaja... i się zaczyna: rower zły dobrałam... 
Pan do filaru mnie prowadzi, wajchę miedzy nogi wsuwać każe i z tabeli wynik czytać nakazuje: Ze takie tyczki jak ja mają jeździć na tyczkowatych rowerach. Kropka.

Spowrotem więc do retro. 10 cm wyższy. Jest nawet, nawet...
I zamiast zwiewać z tym tyczkowatym do kasy, ktoś (po fakcie trudno stwierdzić: ja czy on? żadne przyznać się nie chce) nieopatrznie pytanie rzuca: Czy są jakieś alternatywy?...

Pan sprzedawca czuje, że odżywa. Co tam upał, co tam zmęczenie! W krwi buzuje adrenalina. Ten błysk w oku, ten oślepiający uśmiech... będzie się działo!
I zaczęła się prezentacja: rowery w kwiatki, pastelowe, wściekle różowe, czarne, białe, z dopinanym koszyczkiem (i tu dygresja do wyboru koszyków w sklepie), z bagażnikiem z przodu, z tyłu... Mam ochotę cichaczem zwiać.
Męża mojego nic zdaje się nie irytować. W dyskusje się wdaje, rundki na różnych damkach kreci (czy to nie ja powinnam jeździć?), wszystko wyjaśniać sobie każe. Po niewczasie awansuje na eksperta... oboje proponują mi Holendra.
To ten czołg.

Kierownica szalenie szeroka. Siodełko też (to plus).
Stopka chyba motorowa. I ten bagażnik z przodu...
Uśmialiśmy się jak głupi z tego bagażnika,
że niby co to ja na nim wozić nie będę...
Pan nalegał, więc się przejechałam.
I poczułam różnicę. 
Jest fantastyczny (rower, nie sprzedawca).
Nie oddam go.
Mąż koszyk wytargował.
Rower na koniec do inspekcji i jazda do domu.

że lato mamy, to o 20:00 można jeszcze rundki w naturze kręcić. Dzień się kończy o 22.00. 
Test wypadł pomyślnie.




Sara jeździ takim:








7 komentarzy:

  1. Aaaa masz mój rower!!! Gratuluję. I już nigdy nie wsiądziesz na górski. Moja Gazelka (mam niebieską wersję) ma już prawie 3 lata, jeździ jak ta lala, ciężka jak cholera, ale jakie ja ładunki na niej przewożę! Jagodę i wielkie siaty zakupów ze spożywczaka. Krzesło raz na niej przewiozłam, na koszu. Mam nadzieje, że będzie Ci służyć. To bardzo popularny model w Holandii.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz oko, ze wypatrzyłaś, ze to Gazella! Co za rower!

      Usuń
    2. Akurat ten model jest bardzo charakterystyczny, można się zakochać :)

      Usuń
  2. Hahaha ależ się uśmiałam;) Czołg nie czołg, wygląda bardzo ładnie:) No bosko to opisałaś! Pozdrawiam słonecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajnie wyglada, ale to chyba jego jedyna zaleta. Ja preferuje jednak rowery trekkingowe (nie mylic z gorskimi klocami, ktorych nie znosze).
    Dobry trekkingowy wazy 11-12 kilo, wiec jazda na nim nie meczy, jak to jest w przypadku holendrow.
    lolka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Holender jest ciężki, ale nie zależało mi na wadze, bo jeżdżę po prostej drodze, asfaltowej, głownie po wiosce. Bardziej zależało mi na wielkim koszu na aparaty :)

      Usuń